Pierwszy dzień w Wielkim Jabłku był piękny, słoneczny, choć wyjątkowo zimny. Mroźne powietrze i takiż wiatr trochę utrudniały nam intensywne eksplorowanie miasta, ale to nawet lepiej, bo po podróży jeszcze odczuwaliśmy solidne zmęczenie.

Śniadanko zjedliśmy sobie w pokoju, co było bardzo miłym akcentem na początek dnia ☺️ (na jednym z zamieszczonych zdjęć zaznaczyłam na czerwono miejsce gdzie mniej więcej są nasze okna). Z pełnymi brzuszkami i chęcią zwiedzania wyruszyliśmy z hotelu prosto pod Rockefeller Center, żeby w pierwszej kolejności zobaczyć sławną gigantyczną choinkę. Wielka ona rzeczywiście i piękna, choć jak wrócimy tu któregoś dnia wieczorem, to światełka będą robiły jeszcze lepsze wrażenie niż za dnia. Następnie postanowiliśmy pokazać dzieciom choć fragment Central Parku, a po drodze wstąpiliśmy ma szybkie ogrzanie do Trump Tower i sklepu Apple prze 5 alei. Dziś mimo dnia pracy 5 aleja tętniła życiem, a nowojorczycy w pośpiechu przemierzali najsłynniejszą zakupową ulice świata w poszukiwaniu idealnych prezentów. Przed sklepami, zwłaszcza zabawkowymi,. ustawiały się długie kolejki klientów. Po drodze z jednego z setek wózków z jedzeniem zapachniało mi pieczonymi kasztanami…ależ były dobre 😋 po raz kolejny odniosłam wrażenie, że posiadanie takiego wózka to nie praca, tylko styl życia. Bo wszystkie te miejsca to odrębne i dość specyficzne światy. Z jednej strony pachnące jedzeniem, a z drugiej spalinami z niewielkich agregatów, które obsługiwane są przez specyficznych ludzi. Fascynujące!

W Central Park chłopcy zapomnieli o chłodzie, bo swobodnie mogli się wyszaleć, wybiegać i pobawić na placu zabaw. Sporo chodziliśmy i dzieci były szczerze zdziwione, gdy pokazałam, że odeszliśmy zaledwie mały fragmencik wielkiego parku. Oczywiście przeszliśmy się obok Central Park Zoo, żeby zobaczyć znaną do tej pory z bajek główną bramę ☺️ niesamowitą atrakcją okazały się okazale skały wyrastające gdzieniegdzie na trasie naszego spaceru. Można było się na nie wdrapywać i widok na wieżowce był wtedy jeszcze ładniejszy! Nas z Sebastianem cieszyła każda chwila spędzona w parku, bardzo lubimy tu wracać i odpoczywać od zgiełku Manhattanu. Tym bardziej było dla nas miłe, że chłopaki czuli się tu dobrze 😃 po długim spacerze uznaliśmy, że to dobry moment na łyk cieplej kawy i gorącej czekolady i ruszyliśmy do kawiarni nieopodal naszego hotelu. Zahaczyliśmy tez o pobliski sklep cały z MnM’sami 😋 Po powrocie przyszedł czas na odpoczynek, a Franek sumiennie odrobił zadanie domowe z tego dnia i nadrobił zaległości, bo nie miał możliwości uczestniczyć w zdalnych lekcjach.

Późnym popołudniem wyruszyliśmy do miasta w poszukiwaniu miejsca, żeby coś zjeść. Okazało się to niełatwe, chociaż ostatecznie po długiej przechadzce po ulicach Manhattanu i moim ukochanym Bryant Park wybraliśmy się na pizzę. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć choinkę i świetlne iluminacje przy Rockefeller Center, ale poziom zmęczenia u dzieci skierował nasze kroki prosto do spania ☺️

Ciekawostki covidowe 🙂 otóż w Nowym Jorku obowiązują bardziej zaostrzone przepisy, już w innych miejscach Stanów. Większość mijanych osób na ulicach nosi maski, chociaż nie ma takiego przymusu i maski są obowiązkowe wewnątrz budynków. Część atrakcji turystycznych, tak jak schody na Times Square, jest włączona z użycia, prawdopodobnie po to, żeby lidzie nie gromadzili się w jednym miejscu. Dodatkowo trudno było nam znaleźć miejsce na obiad, bo do lokali gastronomicznych wpuszczane są wyłącznie zaszczepieni od 5 roku żucia wzwyż. Stąd w kilku miejscach odmówiono nam wejścia do restauracji. Całe szczęście nie wszędzie to zarządzenie jest egzekwowane, bo pizza była naprawdę dobra 😉

Dodaj komentarz