Drugi i za razem ostatni dla nas dzień zwiedzania NYC był bardzo intensywny. Ciężko było wybrać co zobaczyć w tak krótkim czasie i nie było to wcale takie proste, bo często miejsca atrakcyjne dla dorosłych są nudne dla dzieci. Postanowiliśmy jednak pojechać na lotniskowiec. Bardzo miło nam było patrzeć na chłopców, którzy byli zafascynowani każdym elementem zwiedzania tego przeogromnego statku. Lotniskowiec ten, który obecnie pełni rolę muzeum służył armii amerykańskiej od II Wojny Światowej prawie do końca Wojny Wiernamskiej (1943-1974). Można było wejść do środka i zobaczyć jak wyglądał wtedy kostek kapitański, koło sterowe, pokój nawigacyjny, kuchnia, kajuty, itd. Poza atrakcjami związanymi z samym lotniskowcem na górnym pokładzie zebrano pokaźną kolekcję rożnego rodzaju samolotów wojskowych…i Concorda. Ciekawostką był nasz rodzimy LIM produkowany w Mielcu (na zdjęciach będzie to jedyny niebieski samolot). Kolejną niesamowitą atrakcją tego miejsca był ogromny hangar poświęcony lotom kosmicznym. Nie wiedzieliśmy czego się tam spodziewać, ale poza sporą dawką wiedzy znaleźliśmy w nim…pierwszy amerykański wahadłowiec Enterprise, który obecnie jest na emeryturze 😉 ale wykonał 16 lotów testowych w 1977r. To drugi prawdziwy prom kosmiczny, który mogliśmy podziwiać. Pierwszy- Atlantis znajduje się w NASA na Florydzie. Prawdziwą gratką okazała się też możliwość zwiedzania łodzi podwodnej, która służyła amerykańskiej armii podczas Zimnej Wojny, u wschodnich wybrzeży ZSRR. Jest to jedyna amerykańska łódź podwodna udostępniona dla zwiedzających. My z Sebastianem wiedzieliśmy czego możemy się tam spodziewać i ze jest dość ciasno. Ale dla dzieci z racji mniejszych gabarytów nie było to odczuwalne, za to bardzo im się podobało- zwłaszcza torpedy 😃 na lotniskowcu zobaczyliśmy jeszcze jeden wewnętrzny poziom gdzie mnóstwo było interaktywnych ekspozycji zachęcających do spróbowania swoich sił, np w lądowaniu wahadłowcem 🙃
Po intensywnym czasie spędzonym na lotniskowcu wybraliśmy się na obiad. Zabraliśmy dzieci do naszej ulubionej chińskiej restauracji w Chinatown na dolnym Manhattanie- Joe’s Shanghai. Nie wiedzieliśmy, czy naszym dzieciom przypadnie tam do gustu cokolwiek poza ryżem…ale ryzyko się opłaciło 😃 Wojtek z Mateuszem zasmakowali w naszych ulubionych pierożkach Dim Sum, a Franek w kurczaku w sezamie i słodkim sosie. Co prawda restauracja została dwa lata temu przeniesiona z pierwotnej lokalizacji z charakterystycznym wystrojem do nowoczesnego lokalu, ale na szczęście smak potraw pozostał tak samo dobry 😋
Kolejnym przystankiem na naszej trasie był najwyższy budynek Nowego Jorku, a jeden z najwyższych na świecie- One World. Został on wzniesiony w bezpośrednim sąsiedztwie zburzonych wież World Trade Center, czyli w dzielnicy finansowej na dolnym Manhatanie. Z samej góry (102 piętro) rozciąga się niesamowity widok na cały Nowy Jork i okolice. Wszystkie budynki, nawet na Manhattanie są niżej niż piętro dostępne dla zwiedzających, a Statua Wolności wydaje się taka malutka! 🗽 chłopaki nie mogli uwierzyć, że są tak wysoko! Zwłaszcza, kiedy stali pod budynkiem i patrząc do góry aż się kręciło w głowach 🙃😃
Wracając do domu zahaczyliśmy o Rockefeller Center, żeby zobaczyć iluminacje świetlne Nowego Jorku i choinkę po zmroku. Miałam wrażenie, że połowa mieszkańców miasta wpadła na ten sam pomysł, bo tłumy były nieprzebrane! Ale warto było się trochę pościskać dla tych pięknie cieszących oczy pokazów i miejsc. Udało nam się też wstąpić do sklepu Lego i tam dostaliśmy oczopląsu 😉 nie mieliśmy możliwości wziąć ani grama więcej bagażu, dlatego tylko nacieszyliśmy oko niesamowitymi budowlami i wróciliśmy do hotelu. Dzień był długi i pełen wrażeń, dlatego nie trzeba było specjalnie zapraszać dzieci do pójścia spać 😃































